Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/279

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cylinder i drapał się w głowę z nieukontentowaniem; dyrektorowa chodziła pochmurna, jak dzień jesienny; Majkowska spoglądała zaiskrzonemi oczyma na Topolskiego i miała ochotę zrobić jakąś scenę, bo usta miała sine i oczy zaczerwienione od płaczu lub bezsenności; Glas także chodził jak struty po wczorajszej „sypce“ i nie opowiadał ani jednego kawału; Razowiec w lustrze oglądał sobie język i narzekał przed Piesiową; Wawrzecki nawet nie był „w sytuacyi“, jak określał swoje usposobienie.
Jakaś senność, taka sama, jaka rozwłóczyła się w powietrzu, przejmowała wszystkich nudą i apatyą.
— Wpół do pierwszej... chodźmy czytać — rzekł reżyser.
Wysunięto stół na środek sceny, poustawiano krzesła i Topolski, uzbrojony w ołówek, zaczął czytać.
Głogowski nie usiadł, tylko chodził, zataczając ogromne koła i co chwila przechodząc obok Janki, szeptał jej jakieś uwagi, z których śmiała się półgłosem, a on odchodził, wichrzył włosy, podrzucał kapelusz do góry i palił papierosa po papierosie, słuchając pomimo to uważnie czytania.
Deszcz mżył w dalszym ciągu i woda z łoskotem spływała z rynien. Dzień brudnem światłem zalewał scenę. Tak było nudno, że nie mogli wytrzymać w spokoju, więc zaczęły się szepty coraz częstsze.
Glas rzucał niedogarkami od papierosów w nos Dobka, a Władek delikatnie dmuchał w głowę drzemiącej Mirowskiej.
Z garderoby dochodził zgrzyt piłki, rżnącej drzewo