Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie podobni o takich ładnych jak pani kobietach, nie! niech zdechnę!... Myślałem... Jezus Marya! nie mogę wyleźć z „myślałem!“... Dlaczego pani ma w sobie to coś, co jest siłą?... skąd ona?...
— Stąd chyba, skąd i słabość bierze początek: jest przyrodzoną — odparła Janka, siadając.
— Musisz pani mieć jakiś dogmacik i zapatrzona w niego, idziesz pani naprzód. Ten dogmat ma ryżo-żółte włosy, około dziesięciu tysięcy rubli rocznego dochodu, nosi binoklę i...
— I... nie kończ pan!... Głupstwo zawsze czas powiedzieć; nie zestarzeje się... — przerwał Topolskiemu Głogowski.
— Piątka! cztery koniaki, bo i pani się z nami napije?...
— Dziękuję! nigdy nie piłam i nie piję.
— Ależ koniecznie... choć ustka umoczy pani. Jest to początek stypy pogrzebowej po mojej sztuce.
— Przesada! — mruknął Pieś.
— A no, zobaczymy! Co tam, panie Pietrze, panie Topolski, po jednym jeszcze... na pohybel!... — wołał Głogowski, nalewając koniak w kieliszki.
Śmiał się, dowcipkował ciągle, przyprowadzał wchodzących aktorów do bufetu, rwał się, ale znać było, że pod tą sztuczną wesołością, kryje się troska i niepewność powodzenia.
Pod werandą zrobił się mały huczek, bo Głogowski wszystkim fundował, ale humory były w części zwarzone niepogodą.
Cabiński co chwila spoglądał w niebo, zdejmował