Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/055

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


i niełasce jakiejś mocy wielkiej, co ją wyrwała z gniazda, i niesie w nieznane światy, ku nieznanym przeznaczeniom.
Noc zapadła.
Księżyc płynął po ciemnym granacie przestrzeni, niby łódź srebrzysta po morzu nieskończoności, — a ona wciąż wychylała się przez okno i patrzyła w stronę Bukowca, szepcąc od czasu do czasu sucho i bezdźwięcznie:
— Na zawsze!... na zawsze!...

* * *

Orłowski o zwykłej godzinie przyszedł na kolacyę.
Kręska, pomimo radości, była niespokojną; patrzyła mu w oczy trwożnie, chodziła jeszcze ciszej, była teraz jeszcze pokorniejszą i mniejszą.
A on, jakby się mocował sam ze sobą, bo nie wybuchał klątwą i nie wspominał nic o Jance.
Na drugi dzień tylko zamknął pokój Janki na klucz i schował go do biurka.
Nie spał w nocy: oczy miał wpadnięte i cerę trupią. Kręska słyszała, że przez całą noc chodził po swoim pokoju, ale służbę pełnił, jak zwykle.
Przy obiedzie, Kręska ośmieliła się sama z czemś odezwać.
— Aha!... z panią się muszę jeszcze załatwić!...
Kręska zbladła. Zaczęła mu mówić o Jance, o swojej życzliwości, o tem, jak ona ją odwodziła od wyjazdu, jak ją serdecznie błagała...
— Głupiaś pani!... pojechała, bo chciała... Niech tam kark skręci!...