Strona:PL Władysław Stanisław Reymont - Komedyantka.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Stanęła przed okienkiem i zażądała go głośno.
Orłowski (bo on sam sprzedawał bilety) podniósł głowę gwałtownie; coś, jakby cień czerwony, przeleciało mu po twarzy, ale nie odezwał się. Wydał jej resztę, spokojnie i zimno się patrzał, gładząc brodę, jakby jej nigdy nie znał.
Odchodząc, odwróciła głowę i spotkała się z jego rozpalonym wzrokiem.
Odsunął się gwałtownie od okienka, zaklął głośno, a ona poszła, tylko, że szła wolniej jakoś i nogi pod nią drżały.
Ten błysk oczów, jakby zakrwawionych łzami, uderzył w nią i zaciężył na sercu.
Pociąg przyszedł — wsiadła. Jeszcze z okien wagonu patrzała na stacyę.
Kręska powiewała z mieszkania chustką i udawała, że łzy obciera.
Orłowski, w czerwonej czapce, w niepokalanie białych rękawiczkach, ze sztywną miną urzędową chodził po peronie; nie spojrzał w jej stronę ani razu.
Dzwonek uderzył, rozległ się świst maszyny, potem gwizdka nadkonduktora i pociąg ruszył.
Telegrafista żegnał ją ukłonami; nie widziała — widziała tylko, jak ojciec wolno i ciężko odwrócił się i wszedł do swojej kancelaryi.
— Na zawsze!... — szepnęła, wychylając się z okna i ogarniając wzrokiem wszystko: lasy, wsie, wzgórza, moczary i znów to samo, przemykały się, niby cienie fantastyczne, — a ona patrzała, czując, że ją jednocześnie porywa jakaś siła ogromna, że jest już na łasce