Strona:PL Władysław Łoziński - Oko proroka.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ojciec jeszcze wróci — kto wie, Bóg miłosierny i dziwnie się zdarza na świecie — może też ze Lwowa od Ormian przyjdzie jakie pisanie, może od Kozaka Semena ktoś mnie szukać będzie, bo ja mam jeszcze jego kobzę u siebie — tedy abyś o tym wiedział i wszystkim mówił, że matka moja jest w Strzałkowicach u tkacza Sebastiana, a ja będę w Soli, przy żupie na robocie. Może i pan Serebkiewicz, co ojcu tę niegodziwą furmankę naraił, przekazywać co będzie, a może i z zamku co przyjdzie...
— A może i Król Jegomość dopytywać się o ciebie będzie — rzecze, żartując znowu Matysek — a co jemu powiedzieć?
— Może i sam Król Jegomość — odpowiem, obracając żart w prawdę — co wiedzieć? bo przecież obiecał ojcu dać konfirmację na sołtystwo. Boże mój, Boże, a nużby królewski dekret przyszedł!
— A ma ten dekret nogi? — pyta Matysek — bo jak nie ma, to sam nie przyjdzie.
— Matysku — rzekę, już zły — takiś wykrętniczek, że gadać szkoda do ciebie. Ja do ostatniej nędzy przyszedł, serce mi się pada od żałości, a ty sobie jeno śmieszki stroisz!
— „Czart swoje, a baba swoje“, jak mówią Rusini — odpowiada Matysek, ale masz wiedzieć, że ja tak nie z swawoli tylko mówię. Widzisz, bo ja się na tym nie znam, ale podsłuchałem, jak ksiądz pleban i pan chorąży o konfirmacjach mówili. Albo ty wiesz, czy król dał dekret, czy nie dał? A może dał, to i tak tobie z tego piskorz, skoro o nim nie wiesz. Po konfirmację albo trzeba iść do kancelarii królew-