Strona:PL V Hugo Pracownicy morza.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Wchodząc spotkał we drzwiach imcipana Landoys, który szepnął doń pogłosem:
— Zapewne teraz już wiesz o ważnej nowinie? — Nie.
— Nie chciałem krzyczeć głośno na ulicy, niby ptak zwiastujący nieszczęście. Cóż więc się stało?
— Duranda stracona.
W sali było pełno ludzi.
Gromadki szeptały z cicha, jak w sypialni chorego.
Goście, sąsiedzi, przechodnie, ciekawi, pierwsi lepsi z ulicy, z pewną obawą cisnęli się przy drzwiach od sieni, zostawiając próżnię w głębi, gdzie obok siedzącej we łzach Deruchetty, stał mess Lethierry plecami wsparty o ścianę.
Marynarska czapka spadała mu na oczy. Kosmyki siwiejących włosów spływały po policzkach. Nic nie mówił. Ręce zwisnęły nieruchome, usta zdawały się nie mieć oddechu. Wyglądał, jak martwy sprzęt oparty o ścianę.
Patrząc nań czułeś, że w duszy tego człowieka zamarło życie. Nie było Durandy i Lethierry nie miał już celu dla swego istnienia. Dusza jego była na morzu i dusza ta rozbiła się. Co począć teraz? Wstawać co rano i kłaść się co wieczór. Nie oczekiwać już Durandy, nie patrzeć już na jej odjazd, nie widzieć już jej powrotu. Co robić przez resztę istnienia bez celu? Jeść, pić, a potem? Człowiek ten uwieńczył wszystkie swe prace arcydziełem, a wszystkie trudy i poświęcenia — wielkim postępem. Postęp zniweczony, arcydzieło umarło. Na co się zdało żyć jeszcze lat kilka próżnych, jałowych? Nic już nie mógł przedsiębrać. W jego latach nie rozpoczyna się zawodu;