Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Ukarzcie go! — rozkazał Wadomar.
— Odstaw go żywcem do Rzymu — poddawał Pizo.
Szybko zbliżyli się naczelnicy plemienia Serwiusza i otoczyli go wieńcem.
Błysnęły miecze.
Wtem stanął przed królem Willibald i wskazując Serwiusza, zawołał:
— Nie wierzcie jego słowom! To zdrajca. To on ocalił Publiusza Kwintyliusza... Widziałem... nie pozwolił go dobić... Mówił, że już nie żyje... On żył... Byli w Obozie Batawów przyjaciółmi... Zmówili się na naszą zgubę...
Nikt z koła nie zrozumiał treści oskarżenia Willibalda, lecz wszyscy pochwycili skwapliwie słowo: zdrajca, zadowoleni, że to słowo zdejmuje z nich obowiązki względem wodza.
— Zdrajca, zdrajca! — rozległo się przed namiotem króla.
— Zdrajca! — krzyknęli senatorowie.
— Bierzcie go żywcem! — podburzał Pizo. — Zmówili się na waszą zgubę.
I ruszyli panowie kwadyjscy i markomańscy, aby ścisnąć Serwiusza.
On nie dobył nawet miecza. Przyłożywszy do ust srebrny róg, zadął.
Zdziwili się jego przeciwnicy — zamilkli. A w tej ciszy zadudnił głuchy łoskot cwałujących koni. Zbliżał się szybko, rósł, coraz wyraźniejszy — potem zaszumiał nad namiotem króla okrzyk wojenny Markomanów i na głównej ulicy rozwinęła się jazda Serwiusza w szyku bojowym.