Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom IV.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Pod murami Rzymu rozmówimy się wygodniej, bliżej z ich boskim imperatorem.
Nie przekonał panów germańskich... Bo nieznaną była dzieciom natury przeszłość Rzymu. One widziały tylko teraźniejszość, a ta świetna chwila obecna olśniewała je blaskiem oślepiającym.
Ze zdumieniem spoglądali barbarzyńcy na swojego wodza. Jak on śmiał przemawiać w sposób tak obelżywy o imperatorze, którego wyrokom poddawały się bez oporu liczne morza i lądy? Upił się powodzeniem i zapomniał o potędze Rzymu.
— Znieważacie sprzymierzeńca narodu Markomanów — odezwał się król Wadomar. — Powstrzymajcie, książę, zbyt namiętny język młodości. Chcemy być boskiemu imperatorowi dobrymi sąsiadami.
Senator Pizo, który przypatrywał się przez zmrużone powieki Serwiuszowi wzrokiem schwytanego wilka, słuchając jego obelg z dobrze granym spokojem, rzucił znów towarzyszom spojrzenie porozumiewawcze i uśmiechnął się nieznacznie, a na twarz Serwiusza wypłynął ciemny rumieniec gniewu.
— Oczarowały was dary imperatora! — zawołał. — Bo ten mocarz obdarował was hojnie, po cesarsku. Przysłał wam za ocalony Rzym krzesło i togę, kawałek drewna i szmatę. O, królu Wadomarze! Stare baby, zdolne już tylko do kołowrotka, będą miały prawo drwić z waszej dziecinnej próżności.
Żachnął się król na tronie.
— Weźcie z przed oczu moich tego zuchwalca! — krzyknął.
— On ciebie znieważa — szepnął senator.