Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na ścianie arfa wisiała – na której
Strunach miesiąca zadrżał promień złoty,
Chwycił ją w dłonie Bolesław ponury,
Zatargał w strunach szponami tęsknoty,
I po nad glową druha tak zanucił:
„Jeźli ci przwdy błysla postać biała
Z czarą, co do ust Bóg jej nieodwrócił,
Co apostołem ostatnim być miała. . . .
To wiesz – że tam! jest mistrz ów rzeźbiarzem,
Boleść mu dłutem – a posągiem człowiek –
On światów życia, harmonii, harfiarzem
Z piorunującym dlutem, z łzą u powiek! . . .
Im więcej ciosów zada – tem cudniejszy
W nieśmiertelności staje posąg ducha,
Tem wyżej wzlata, im jest pokorniejszy,
Gdy się w klucz orłów bólem natchnień wsłucha.
Prawda mieć winna lica jak zwierciadło,
W któremby człowiek widział własne dzieło,
Czy tam, gdzie serce iskrą niebios władło,
Czy gdzie się bydlę w człowieku poczęło! –
I dla idei świętej apostoła,
Co cierpiał, walczył i padł niezwalczony,
Ma jasne lica tryumfu anioła,
Co budzi z grobów ludzkości miliony. . . .
Dla pracownika, co jej oddał życie,
A siebie zaparł śród myśli przestworza,
Ma najpiękniejszą z gwiazd, co na błękicie
Na czole swojem – jak jutrzenkę morza. . . .
A dla człowieka, który żył miłością
I od miłości skonał, w pośród ludzi