Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tu mimowolnie uśmiech Falstaffa i uśmiech Papkina. – Za nim staje w myśli uśmiech milczka, co jest jak woda, rwąca brzegi cichaczem, a czekający na swego Hogartha polskiego, a wreszcie wyraz śmiejący państwa Jowialskich, od którego samo widmo melancholii musiałoby parsknąć w śmiech homeryczny. – Więcej tam delikatnego komizmu i nacechowanych wad społecznych, niż w tuzinie moralistów i kopie całej komediopisarzy i rysowników nowoczesnych. – Wielkiej tragiczności jest uśmiech, który w średnich wiekach nakrył się czapką trefnisia –, osobach: Tribuleta, Nika, Stańczyka. Velazquez zrobił straszliwy i wielki smutkiem ludzkości zbłaźnionej, portret karła, błazna księcia Alby, w Madrycie.

Fatalnym bywa czasem uśmiech, z którym nie wiedzieć, co zrobić – wygląda i mówi przez sumienie, konfuzja i głupstwo. – Cyprian Norwid oddał go z straszną prawdą w swoim rysunku lokaja spanoszonego, który nie chce poznać starej matki, i przypadłą do siebie odpycha ręką pełną pierścieni. – Takiż uśmiech mają ludzie, którzy kpią ze wszystkiego i z siebie samych – taki miewają wysokie figury po nagłem otrzymaniu dymissyi, a i niższym się taki przytrafia – jak owemu senatorowi w Dziadach, który wypadł „z łaski” – jest on obrazem wielkich Polaków, co płaszcząc się wrogom, trują się potem własnemi ekscellencyami, a kluczem szambelańskim