Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyszły niwy rodzinne, i matka stara i dzieci… a oto łza zawodu, gorzka jak piołun, na samobójcy mogile, i jeszcze łza brata za siostrą, łza bratniej miłości, a dalej na róży spalonej łza drżąca, spłakana nad kochanki mogiłą… a opodal jej na falistej przestrzeni cmentarza łza wygnańca, który po latach wróciwszy z Sybiru, tam szuka za swojemu!... a jednak bardziej gorzka łza wygnańca, –co kona bez ojczyzny i tylko grudkę ziemi do ust przytula, jak naszych tysiąców tysiące, co mesjaniczne dusze oddali na świadectwo prawdzie nieśmiertelnej, co będzie gwieździć, choć gwiazdy pogasną…. I w odmęcie tym ujrzałem pierwszą, ale i ostatnią razem łzę człowieka, co zawsze śmiał się ze wszystkiego i wszystkich, i łzę jakąś okropną spłakaną za kratą obłąkanych, a dalej łzę dziewiczą, świętą, u kraty klasztornej spadłą, gdy za nią zamknięto drzwi na wieki… i jeszcze łza poczciwego sybaryty, w którym serce nie całkiem zatyło, przy bezłzawości opasłego mnicha, który z uśmiechem wypija na stypie bogacza ostatnią kroplę wina, bezczelnie zwanego „lacrima Christi” (!!) rzućmy zasłonę! Wspomnijmy tu łzy Żydów, którym za pewną opłatą wolno było płakać i ryć imiona w gruzach Jerozolimy, i łzy za biletami na pogrzebach Warszawskich – o historyo, jakżeś pełna ironii wróżącej nemezę!... Oto nowe łzy błysnęły z daleka – łza kobiety łaknącej wykształcenia, przed której