Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ileż wyrazu skargi ma osika, siostra topoli nadwiślańskiej, która zdaje się być echem cudownej skargi drzew Wasilewskiego. — Kiedy wieczorem majowym rozbrzęczy się tysiącami listków srebrnych, jak drzewem zmartwychwstania na grobach, listków wiszących w eterze, jak na nitkach złotych, a każdy z nich jak ruchome srebrne zwierciadełko tak małe, w którem odbija się tak wielkie niebo gwiazdo lite i księżyc blady…. Tyle w niej dreszczów rozkoszy, szeptów i westchnień niemych, co w przerywanym monologu oczekującej oblubienicy…, kiedy w gaju modrzewim okwefiona mgłami wieczora, czeka drżąca i niepewna, …a na włosach jej drży rosa wieczorna — szczęśliwa dziewica, której serce drży tem drżeniem, szczęśliwa rosa, co drży w jej włosach i uśmiech jej pełen szczęścia niepewnego….. I szarpnęła przypadkiem sznur perełek, co od stóp jej pogoniły i przepadły w trawie, jakby się zasromały pereł rosy…. Wtem głuchy szmer przeleciał po lesie, jakby duch śmierci biały przewiał nad wrzosami strumienia. — Zaśmiał się wicher z daleka — łysnęło — bór w dali się najeżył, chórem drzewa pokłoniły się głucho widmu burzy — a po chwili przepadła w lesie dziewczyna — raz jeszcze odsłoniła ją w chmurze liści lecących błyskawica nocna, z załamanemi w niebo rękoma, i przepadła w przepaściach nocy, jak w otchłani życia — a w nocnej burzy rozryczało się tyle