Strona:PL Tarnowski-Szkice helweckie i Talia.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


splątane w wieńce tęczowe, konają zmartwychwstania skonem – a w ciszy nocnej, marzącemu o sławie dumnemu samotnikowi, siedząc w kącie, w czarnem, gotyckiem krześle hebanowem, śmierć daje brawo kościstymi dłońmi, z uśmiechem mecenasa !... ten obraz był twój. – Rok mój dobiegł – byłem sierotą – miałem wolność, smutny dodatek sieroctwa – wolny jak ptak, samotny i dziki jak ptak, poleciałem za tobą – długo śledziłem cię daremnie – kierowałaś od dzieciństwa prawie łódką twoja sama – roztropnie – ale tajemniczo – a jak mówił świat ekscentrycznie – głównym przymiotem twoim było, że nie umiałaś znieść niewoli ducha – a raczej że umiałaś ją nie znieść – tego ci nie przebaczono – jam to przeczuł Klotyldo moja! Sierota, co sobie wszystko winna, musi mieć dumę swego sieroctwa, zachować sobie jedyna korzyść: niezawisłość – i z siebie tylko sobie sprawę winna, bo bardziej niż kiedykolwiek sama za siebie odpowiada i pokutuje; biada jej, gdy przy tem poczucie godności osobistej nie jest aniołem stróżem. – Ciebie strzegła ona do końca – pamiętasz, po tych dwóch leci ech mego szukania, wchodzę w galeryi Drezdeńskiej do przybytku Sykstyny – nie było w nim nikogo prócz ciebie – siedziałaś na wywyższeniu i kopiowałaś główki dwóch aniołków dolnych, z zadumą na czole dziewczęcem, pełnem tęsknoty i zamyślenia: ta sama błękitna