Strona:PL Sue - Siedem grzechów głównych.djvu/1327

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    wieczoru, który spędził w salonie swej babki, parsknął głośnym śmiechem i zawołał:
    — Ah! na honor!... żart jest wyborny! teraz pojmuję wszystko.
    — Wytłumacz się pan!
    — To rzecz nader prosta; wczoraj wieczorem opowiadano u mojej babki rozmaite powieści, o złodziejach i napadach nocnych... Zaczęto żartować z mojej odwagi, ale zapewniałem wszystkich o mojem męstwie, słowem udawałem trochę zucha: otóż to wszystko było tylko próbą mej odwagi... wiedziano bowiem, że powracając z Montel, koniecznie udać się będę musiał tą drogą. Możesz przeto powiedzieć tym, którzy ci za to zapłacili... że, jak mi się zdaje, nieźle wydobyłem się z zasadzki... gdyż... na honor... z początku uważałem to za rzecz poważną... Bądź zdrów, mój przyjacielu, puść mnie... już dosyć późno....i ledwie mi starczy czasu przyjechać do Pont-Brillant i przebrać się na obiad...
    — Panie de Pont-Brillant, niema tu żadnego żartu, żadnej próby... Ja ciebie nie puszczę, musisz zsiąść z konia...
    — Słuchaj... dosyć już tego! — zawołał Rudolf nakazującym głosem — zarobiłeś swoje pieniądze... ustąp... niechaj przejadę...
    — Zsiadaj z konia! panie de Pont-Brillant!... zsiadaj natychmiast!
    — Dobrze więc! będzie to twoja własna wina! rozjadę cię! — zawołał Rudolf.
    I zwrócił swego wierzchowca naprzód.
    Ale Fryderyk, rzuciwszy się na konia, uderzył go tak silnie, że ten zatrzymał się na miejscu.
    — Co, łotrze! ty śmiesz bić mojego konia!... — krzyknął Rudolf podnosząc szpicrózgę i uderzając nią na oślep; ale uderzenia te zginęły w powietrzu.
    — Uderzenia... zniewaga, panie de Pont-Brillant, teraz