Strona:PL Sue - Żyd wieczny tułacz.djvu/601

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


twarz; malowały się na niej zdziwienie i niepokój... Postawiła lichtarz na stole i zbliżywszy się nieco ku oknu, przysłuchiwała się... Nagle zadrżała i zastanowiła się. Dostrzegła, że ktoś patrzy w okno.
— To ja, Agrykola Baudoin.
Adrjanna usłyszała głos i poznała go. Zrozumiawszy, zbliżyła się do okna i ostrożnie je otworzyła.
— Panno de Cardoville! hrabiego Montbron niema w Paryżu; ja z ojcem przyszliśmy oswobodzić panią.
— O! jakże ci wdzięczna jestem, panie Baudoin, lecz najpierw myślcie o pannach Simon.
— Przychodzę zapytać, gdzie są ich okna?
— Jedno na dole, ostatnie od ogrodu; drugie wprost nad niem na piętrze.
— Teraz je ocalimy — rzekł kowal.
— Zaczekaj pan... do pierwszego piętra wysoko... Przy budującej się kaplicy są długie łaty do rusztowania, to ci się przyda.
— Posłużą mi zamiast drabiny...
— Myślcie tylko o tych biednych sierotach... Byle je tylko oswobodzić jeszcze tej nocy, o mnie mniejsza, czy dzień lub dwa zostanę tu jeszcze...
— Nie, pani — przerwał kowal — niezmiennie wiele na tem zależy, abyś i pani wyszła stąd jeszcze tej nocy... Idzie o interes ważny...
— O czem pan chce mówić?
— Nie pora teraz obszerniej to tłumaczyć; zaklinam panią, abyś za mną pośpieszyła... mogę wyrwać dwa pręty z tej kraty...
— To nie potrzeba. Łatwiej będzie złamać zamek, i będę mogła wyjść swobodnie, gdyż sama tu mieszkam.
— Za dziesięć minut będziemy na bulwarze. Tylko prędko wybierz się pani; i weź szal, gdyż noc bardzo chłodna...
— Panie Agrykolo, wiem, na co się pan naraziłeś dla