Strona:PL Stefan Grabiński-Księga ognia.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pewnego wieczora odprowadzał ją z teatru o dość już spóźnionej godzinie. Przed bramą domu chciał się pożegnać, lecz niemal gwałtem wciągnęła go do wnętrza. Ustąpił i zjedli razem kolację. Po usunięciu się służby przesiadła do niego na sofę i objąwszy niespodzianie za szyję, pocałowała go namiętnie w usta.
Kobierzycki nie oddał pocałunku, lecz lekko odsuwając się, zdjął łagodnie pieszczące go ramię.
Na twarzy Stachy odbił się wyraz niezmiernego bólu:
— Pogardzasz mną? — zapytała, prostując się dumnie.
— Nie, przeciwnie. Czczę i szanuję jak mało kogo, i dlatego tak postępuję.
Ściągnęła wspaniałe łuki brwi i wpatrywała się weń przenikliwie:
— Nie kochasz mnie!
Kobierzycki powstał i ujmując łagodnie przegub jej ręki, odparł spokojnie:
— Przeciwnie, kocham panią, lecz nie tak, jak inni. Kocham panią, Stacho, lecz na swój sposób. Nie umiem inaczej. Miłość moja pozbawiona jest zmysłów.
— W takim razie jak mam tłómaczyć sobie twe postępowanie wtedy? — zapytała, oblewając się purpurą wstydu na wspomnienie godziny rozkoszy.
— Przepraszam panią — szepnął, pochylając się ku jej ręce. — Obraziłem cię. To była u mnie chwila wyjątkowa, gdy nie władnąłem sobą — byłem jak nieprzytomny.
Przesunął dłoń po twarzy, jakby chcąc zetrzeć z niej głęboką rysę męki, co przeorała ją w tym momencie.
— Przebacz Stacho, przebacz! Błagam cię! Podczas pożaru nie odpowiadam za siebie.
Rzucił się jej do stóp, obejmując rękoma kolana.