Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

marszu but pod sam swój nos zadzierał, — ejn-zwei, ejn-zwei, ejn-zwei.
Śmiech znowu przeleciał w masie.
— Precz z wojną! — zawołał jeden.
— Precz z tą wielką świnią, z największą ze świń tego świata, precz z wojną! — wołał drugi.
— Precz z wojną! Na wieki wieków! — wołał trzeci.
Nie wieder Krieg! Nie wieder Krieg! — wołał czwarty.
Dołoj wojnu! — wołał piąty.
Tamten w rozpiętej kamizelce nie ustępował. Puścił dym swego papierosa i znowu począł krzyczeć:
— Wy sobie gadajcie, co chcecie, a ja jednakże dam wam dobrą radę. Słuchajcie! Co Polska dała komu dobrego? No, gadajże, jeden z drugim, skoro wiesz! Nigdy nikomu nic dobrego nie dała i nie da! Nie jej na to siła i głowa. A ja wam tak radzę: bez żadnej tam wojny podajcie do tych, co ludami i ziemiami handlują, petycyę. Ja wam ją napiszę. Niech was tam, gdzie potrza, przydzielą. Wtedy będzie wam lepiej. Nie będzie rybakowi polski żandarm ryb konfiskował. Nie będzie białce, co do Sopotu lasem, krzakami masło szmugluje, dorobku jej wydzierał. Nie będziesz tu, jeden z drugim, na śmiech ludzki morza grodził! Na to jest Gdańsk, żeby w nim port był dla szyfów.
Co nas to obchodzi, kto, co i na co robi? — zawrzeszczał z głębi głos niezwalczony. — Nam trzeba o to dbać, żeby płacę podwyższyć, a dzień roboczy przykrócić. Przez wieki wieczne ta sprawa się wlecze, a do swego celu nie może się przywlec. Jakieś tam