Strona:PL Stefan Żeromski - Wiatr od morza.djvu/121

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Wreszcie trzecia twierdza dostała się w ręce krzyżackie, a dowódca jej na gałęziach świętego dębu zawisł w stryku.
    Teraz Herman Balk pędził dalej na północ lasem nieprzebytym, pustkowiem. Głusza sosen zielonych zamykała mu drogę, kręgiem wciąż jednakowym stojąc w koło a w koło.
    Jednakim wciąż kształtem zagaja myliła drogę, wciągała jeźdźca i konia w kołobieg, iż sadził skokiem po własnych swych tropach, po szlaku tego samego wciąż obwodu. Podobizną pniów czerwonawych, zielenią koron wciągała pamięć w omam, w zawiłość W błąd, w tuman niewiedzy.
    Tam i sam prawieczny dąb odtrącał od siebie miękodrzewne zwoje zieleni i na samotnisku polany szczytem olbrzymim w niebiosa się wynosił.
    Tam i sam grubopienne buki, jakoby w zbroje stalowe okute, zamykały wjazd i niweczyły dostęp do wnętrza i głębi.
    Zastępy grabów stawiły czoło przychodniom, jako rota niezwyciężonego pogłowia.
    Liście kalin, pędy leszczyny, igły jałowca zagradzały przejścia i niweczyły przesmyki.
    Tajny dziw krył się w głębokości ostępów.
    Niezwyciężony lęk przed dziwem w każdym momencie serca przychodniów przeszywał.
    Wiatr od morza, szumiącego w krańcu puszczy, przeciągał po przez knieje.
    Wiatr niósł im wieść daleką.
    Wiatr ich w dal wołał.
    Wiatr zginał wyniosłe, wielobarwne pióra na