Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wielkie wynalazki, a raczej niespodziane odkrycia, uchylenie tego, co dotąd było obok nas, lecz było zakryte, — stwarzają to, że po ich zastosowaniu i spożytkowaniu wszystko idzie sposobem fajerwerkowym. Któżby pięćdziesiąt lat temu uwierzył, że można konia wyścigowego wsadzić na aeroplan i przewieź go pod obłokami, a nawet nad obłokami z Paryża do Antwerpii? Tak to, owoc fantazji poety Aryosta, koń hipogryf, lata w rzeczywistości nad obłokami. To też stare miasta, te straszne zmory starej cywilizacyi będą zanikać, będą stawały się zabytkami muzealnemi, siedliskiem banków, sklepów, składów, magazynami krajów, składami towarów, — a powstaną nowe miasta-ogrody, miasta-siedziby, wśród pól, lasów, wzgórz, rozciągnięte, rozwleczone po okolicach, wzdłuż linii elektrycznych kolei i tramwajów.
— Tak, tak...
— Mój synku! Domy robotnicze pod Warszawą, które Baryka planuje, — a miałem szczęście widzieć te plany, — są wygodniejsze, zdrowsze, czyściejsze, piękniejsze od najwyszukańszych pałaców arystokracyi, od will bogaczów amerykańskich, a lepsze od siedlisk królów. Dwa pokoje, lecz dwa pokoje najczystsze, najzdrowsze, najładniejsze, czyż to nie szczyt marzeń dla samotnego człowieka?
— Wydaje mi się, że cokolwieczek zadużo tam ma być czystości. Przydałoby się cokolwiek brudnej zakwaski. Co zaś do wyż wzmiankowanych burżujów, tudzież çi-devant królów, to wolą oni, jak sądzę, mieszkać postaremu. Wolą taki, dajmy na to, apartamencik, jaki my niegdyś zajmowaliśmy w Baku, — co