Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ujrzał — matkę. Uderzyła go niespodziewanie jej twarz, jej małomówność, jej spoglądanie spodełba, jej sposób zachowania się, postępowania, milczenia. Przypatrzył się jej pewnego razu pilnie, spod oka — i wzdrygnął się, jak od sparzenia białem żelazem. Począł obserwować jej wybiegi, śledzić jej kroki, badać jej uczynki — i wzrygnął się jeszcze bardziej. Nie była przecie jeszcze stara, miała zaledwie czterdzieści lat, a wyglądała na sześćdziesiąt. Zgarbiła się, skuliła, zmalała. Była siwa, pomarszczona, żółta, odziana w dawną, wyświechtaną sukienczynę. Gdy biegała za jego sprawami, wynosiła jego brudy, prała jego bieliznę, obsługiwała go, jak pokojówka i kucharka, często chwytała się rękami za serce, albo za głowę. Widział, jak się podpiera sękatym kijem, wchodząc na schody, — maca rękami sprzęty i ściany w biały dzień, jakby nagle oślepła. Smagający wstyd wziął go w obroty na wspomnienie usług tej steranej i bezsilnej kobiety, gdy go pielęgnowała, zdrowego byczka, który się wysypiał, obżerał, wypoczywał i trawił wobec niej, goniącej ostatkiem tchu i wyczerpanemi nerwami. Nie mógł jednakże zmienić odrazu postępowania, — niby to dla tego, że matka spostrzegłaby się odrazu, — a właściwie z jakiegoś szczególnego wstydu, czy z jakiejś pychy. Począł niepostrzeżenie, chyłkiem, niby to od niechcenia pomagać w pracy: nosić ciężkie rzeczy, usuwać brudy, myć podłogę i naczynia, nawet prać, prasować, rąbać drwa, dźwigać wodę i pitrasić jadło. Tłomaczył matce z dawną opryskliwością, iż nadeszły czasy inne, komunistyczne, i oto wszyscy muszą pracować. Kto nie pracuje, ten niech nie je. »Grabit’ nagrablennoje« o tyle