Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tylko jest słuszne, o ile się pracuje. Precz z białemi rączkami! — i tym podobne. Wyśledził wreszcie sekret matczyny, najstaranniej chowany: wyprawy za miasto po zboże. Wtedy ogarnął go żal stusieczny. Cezary płakał głucho, myśląc o tem, jak biegła obcemi polami, ciągnąc i niosąc dla niego zboże, jak się od rowu do rowu słaniała na zwątlałych nogach, jak chwytała powietrze, którego płuca coraz więcej potrzebowały. Począł w nocy czatować na jej bezsenność. Wstawał, okrywał ją, małą i chudą pod kołdrą, jakby jej wcale nie było, — utulał, uspakajał, uciszał. Zdarzało się, iż zasypiała, słodko uśmiechnięta, z radosnem w sercu weselem od jego łaskawych słów i nieznacznych pogłaskań.
W tym czasie oboje jakoś przytulili się do siebie moralnie i wsparli ramionami ducha. Cezary spostrzegł, iż matka, która »nic nie mogła skapować, najprostszych rzeczy nie rozumiała«, nie była przecież tak ograniczona, jak mu się z pierwszego wydawało. Pewne wyniki przewidywała nieomylnie jasno, niektóre zjawiska oceniła z matematyczną dokładnością. Tu brzmią takie oto hasła, wdraża się w życie takie oto żelazne dyrektywy, takie padają wzniosłe i wspaniałe nakazy, a ona widzi w skutku coś bezwzględnie odwrotnego, coś śmiesznie i dyametralnie przeciwnego. I oto, wbrew logice rzeczy, wbrew sile i kierunkowi impulsu, według jej mrukliwej, półgębkiem wyrażonej wątpliwości, sprawy poszły. Zastanawiała Cezarego ta przypadkowa zbieżność, lecz nie zdołała go zepchnąć z drogi obranej.
Gdy od strony Astrachania przychodził statek