Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ten kościelny nastrój odszedł jednak równie szybko, jak przyszedł. Za murami kaplicy Czaruś był sobą, a raczej był we władzy wspólnego szału, który go wraz z kolegami opętał. Uczucie tęsknoty za ojcem, nieodparte i głębokie, napotkało na swej drodze obawę wobec możliwości powrotu rodzica. Olbrzymia bania swobody stłukłaby się natychmiast. Trzebaby znowu przyczaić się, udawać świętoszka, grzeczniusia, pracowniczka, który o niczem nie myśli, tylko o szkolnej i pozaszkolnej nauce. Ani mrumru już wtedy o własnej woli, o bujaniu samopas, dokąd oczy poniosą, i o tem nienasyconem upajaniu się wolnem powietrzem, jakie daje młodociane rozpasanie. Częstokroć zresztą owo rozpasanie przybierało formy dziwnie pospolite. Koledzy schodzili się u jednego ze współpróżniaków i, niby to w wielkiej tajemnicy, śpiewali najbardziej znane i najbardziej oklepane pieśni rosyjskie. Po śpiewach następowały karty. Ten i ów kochał się. Cezary jeszcze się w nikim nie kochał, ale wiedział, że taka pozycya istnieje i jest w modzie.
Seweryn Baryka nie pokonał Niemców nad Mazurskiemi Jeziorami. Przeciwnie — wiał na wschód z resztą armii. Długo nie było od niego wieści, a gdy wreszcie nadeszła, to już zupełnie skądinąd. Był w Karpatach. Parł na Węgry. Przysyłał stamtąd wiadomości, taksamo suche i jednobrzmiące. Każdy list zaczynał się od pytań o Cezarego i kończył nieskończonemi dla niego pozdrowieniami. Ani jednego słowa, ani wzmianki o powrocie! Bitwy, oblężenia, pochody, śniegi, doliny i góry, góry, których Cezary nadaremnie szukał na mapie.