Strona:PL Stefan Żeromski - Przedwiośnie.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


posłusznym i uspakajał matkę milionem najczulszych pieszczot. Lecz w gruncie rzeczy duszą i ciałem wyrywał, gdzie pieprz rośnie. Czego nie mógł u matki dopiąć samowolnemi kaprysami, to wypraszał umizgami, lub awanturą. On to teraz stawiał na swojem. Robił, co chciał. Nie dostrzegając granic tych obszarów, których mu dawniej nie wolno było przekraczać, rzucał się na prawo i na lewo, w tył i naprzód, — żeby wszystko dawniej zakazane dokładnie obejrzeć. Całe teraz dnie spędzał poza domem, na łobuzeryi z kolegami, na grach, zabawach, eskapadach i wagusach. Gdy się skończyły wakacye, »uczęszczał« do gimnazyum i pobierał w domu, jak dawniej, lekcye francuskiego i niemieckiego, angielskiego i polskiego języka, ale był to już raczej szereg awantur, a nieraz i bójek. Z każdym teraz »belfrem« zadzierał, wszczynał kłótnie i toczył nieskończone procesy, doznawał bowiem stale »niesprawiedliwości« i krzywd, za które znowu, jako człowiek honoru, musiał się mścić w sposób właściwy i za właściwy uznany w sferach miarodajnych, wśród »starych« kolegów piątej klasy. Zabawy, — zresztą niewinne, — łazęgostwo i urwisostwo, pochłonęły go, jak jakiś żywioł. W gronie kilku starych kolegów drałował z lekcyi i bujał po okolicy, a nawet nocą ganiał po ulicach, po jamach i wertepach, po zwaliskach gwebryjskich świątyń i ruinach starych meczetów. Wyrwawszy się z ojcowskiej uździenicy, nie mógł już znieść żadnego arkanu. Nieszczęsna matka traciła głowę, rozpływała się we łzach i gasła z niepokoju. Na widok tych łez gorzkich i nudzących go aż do śmierci, Cezary poprawiał się na dzień, z trudem — na dwa. Na trzeci już znowu gdzieś