Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Przysięgnij waćpan, że tego nie uczynisz, a możebyś usłyszał coś takiego, co cię do głębi...
— Przysięgam na moje życie, na mój honor, na dobrą sławę, że nie mogę... Kocham cię...
— Zamilcz.
Po chwili mówiła znowu:
— Słuchaj, co mówię. Chciałabym zawsze tak wspominać moją w Grudnie aleję, jak ją dotąd wspominałam. Chciałabym zawsze tak samo... Lubię tę w sobie pasyę. Tani to chodziłam wieczorami do szaleństwa gardzić twoją zbójecką napaścią. Tam to chodziłam patrzeć w mrok i niby na jawie widzieć twe wilcze oczy wbite we mnie, jak haki, twe śmiertelnie uśmiechnięte usta, słuchać, jak w piersi serce łomoce... Tak teraz...
— Jeszcze słowo...
— Chodziłam sama w puste ciemniki tęsknić, żebyś raz jeszcze spróbował napaść tak samo i żebym cię mogła zabić od jednego ciosu, nie rzemiennego pręta, nie! Żebym cię mogła zabić od jednego ciosu sztyletem w huczące serce. Miałam go zawsze w pogotowiu...
— O, gdyby teraz... Od jednego ciosu!...
— Już teraz nie chcę. Przeminęło.
— Jeśli rozkażesz, to dziś nad ranem dam się rozstrzelać, ale wysłuchaj wszystkiego.
— Ciszej waćpan szeptaj, bo nam się przypatrują...
Głęboki ukłon.
Brak wzroku i tchu. Ocknął się, widząc, iż należy tańczyć nową figurę, śnił przez chwilę, iż inny zgoła