Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/304

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Nie powinnam była pozwolić, żebyś waćpan jedną godzinę przebywał w progach tego domu. Tylko wzgląd wyższy...
— Jeszcze tylko parę godzin... Odejdę zaraz i już na wieki.
— Niech się tak stanie.
— Ani jednego słowa litości...
— O litości wspomina ten bezczelny, który się porwał...
— Pani, pani... Kochałem cię nadewszystko w życiu mojem. Dlatego... To tylko chciałem powiedzieć...
— Już się dokonało.
Odeszła znów. Jak woniejący dym, okurzył go dźwięk tych wyrazów. — »Już się dokonało«. — Cóż mogą znaczyć te słowa? co mogą znaczyć te słowa? co mogą znaczyć? Wszystką władzę rozumu wytężył, żeby zrozumieć. Ale nim cokolwiek ułożył w myśli, przesunęła się obok niego wśród nieustających zbliżeń i oddaleń tańca. Gdy na moment znowu byli razem, rzekła:
— Nigdy waćpan nie wrócisz tutaj? Wszak to już sam wyrzekłeś?
— Tak wyrzekłem.
— I honorem ręczysz swoim?
— Co prędzej, co prędzej uchodź, — cha-cha...
— Nigdy nie będziesz się waćpan starał, żeby mię widzieć?
Milczał.
— Mów-że waćpan...
— Nie mogę tego przyrzekać. Jeśli żyć będę, wszelkich owszem dołożę starań, żeby skrycie widywać to miejsce. Ale o tem nikt wiedzieć nie będzie.