Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

pierwszą lepszą pannę z brzegu, zasypywał mnóstwem słów wesołych, dowcipnych, miłych, bezmyślnych. Bawił ją, jak wesoły trzpiot, jednocześnie drwiąc z niej oczyma pełnemi odrazy i wzgardy i klnąc ją wewnątrz siebie najwstrętniejszemi przezwiskami. Wśród kaskad słów, skierowanych do tancerki, marzył o tamtej, córze nieba i dnia. Zaczął się taniec. Zaraz w pierwszej figurze, kiedy z panią Ołowską sam na sam został, rzekła do niego cichaczem:
— Za parę godzin...
— Co, księżniczko? — wyszeptał białemi usty.
— Tak niegościnnie muszę przypomnieć... Za parę godzin pójdziecie waćpanowie.
— Wolałbym tu umierać, niż na rzece.
Rozłączył ich płynny, powabny pląs. Odeszła wśród
ukłonów z uśmiechem na przecudnem obliczu. Tylko nikły rumieniec... Ale za parę chwil znowu mu ją dał taniec. Wtedy z głębokości serca, targającego się w powrozach swych, wyszeptał:
— Księżniczko...
— Cóż to?...
— Księżniczko...
— Nie jestem już księżniczką, mości panie. Dawno już przeminęły tamte czasy...
— Dawno już przeminęły tamte czasy, a tylko moje nieszczęście...
— Cóż to waćpanu?
— Kocham cię... Na śmierć, do zatracenia duszy! Umieram z żalu za tobą... księżniczko!
Złożyła mu ukłon pełen wdzięku, dyg, pełen czaru, jak kazał taniec, i zostawiła go z inną kobietą, z tan-