Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/287

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

bie ucisk przerażenia tak wielki, jak za najcięższych swych dni. A kiedy dochodził prawie do obłąkania, nie wiedząc, co się dzieje, słyszał wciąż spokojne, powabne wyrazy, pełne niewinnej wesołości i naturalnej ciszy ducha. W żyłach jego poczęła wrzeć i rwać owa krew odmienna, jakby cudza, tryskająca z wiecznego źródła rozkoszy. Wówczas bardzo musiał zmienić się wyraz jego twarzy, gdyż piękna pani kilkakroć dłużej na nim zatrzymała spojrzenie.
Wszedł służący i zasłonił okna grubemi firankami. Z poza tych osłon i szyb dochodził teraz przyduszony huk wiatru, miły, jak poduszczenie, pochutnywanie a oklask. Blask świec napełnił salonik rozkosznem, żółtem światłem. Wszedł inny służący i zawiadomił swoją panią, że plenipotent oczekuje. Kazała go prosić. Za chwilę wszedł mężczyzna wysoki, w polskim stroju z wąsami blond, jak wiechy. Twarz miał tęgą, tłustą, czerwoną z wiatru, oczy wypukłe i ogniste. Sapał jak w polu, mało sobie robiąc ze wszystkich.
— Jegomość pan Kalwicki, nasz kochany opiekun — rzekła pani Ołowska. — A oto dwaj zdrajcy. Czy mam wymienić ich nazwiska?
— Nazywają się Polacy, a miny mają niczego...
— Pocóż mi tam ich nazwiska?... — wysapał wąsal. — Skoro mię wwalą na tortury, przynajmniej będę miał sposobność niewydania nazwisk i słowem honoru nie będę po próżnicy wywijał.
— Miło nam poznać waszmość pana... — kłaniał się Cedro. — Właśnie jego opieka i pomoc...
— A ba... pomoc! Tu się właśnie rozłazi. Bardzo mi miło... poznać... Myślę już od wczorajszego wieczora,