Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

rzęs, od wyrazu oczu, w który spłynęło wszystko czarodziejstwo nieba nad ranem i wszystek urok wiosny rozkwitłej. Ogarnął go poryw niewysłowionej ciekawości, jakoby na widok nagle odsłonionego nagiego morza, pustyni, czy łańcucha śnieżystych gór. A w ślad za tem uczuciem pierwiastkowem płynęła do piersi wonnemi falami nieprzezwyciężona radość zachwytu. Teraz dopiero począł uczuwać prędzej, niż widzieć, niezrównany tok czoła, lśniącego białością śniegu, czy kararyjskiego kloca, czoła, w którem taiły się myśli niewiadome, nieznane, subtelne, piękne, jak z ciszy nocnej wychodząca muzyka i młode, jak kłęby zdroju. Teraz dopiero począł przyswajać sobie, na własność brać różowy cień policzków, który wpływa w białość lic niepostrzeżenie, jak zorza ranna w błękit dnia. Przed chwilą jeszcze nie widział był nic prawie, prócz surowego jednolitego w swej treści wspomnienia. Teraz nie uszły jego oka cudne przemiany świateł i cieniów, krążące około rozkosznych ust, ani grubość warkocza włosów, którego nie zdołałby pewno objąć żołnierską swą garścią. Każdy ruch rąk wydelikaconych, przejrzystych prawie od próżniactwa, miał w sobie niepokojący powab. W piękności tej było coś duszącego, coś, co tamowało oddech i oszołomiało głowę. Im więcej się zdumiewał, patrząc bez przerwy, tem bardziej się unosił w głębi siebie. Ale nadewszystko czarował go naturalny wdzięk bez śladu sztuki, chęci podobania się i kokieteryi, owa łatwość, z jaką można rozsiewać najsubtelniejszy, najtrudniejszy, zdawałoby się, królewski urok. Ciche, łaskawe spojrzenie, kilka łagodnych niejako swojskich wyrazów — i oto Rafał poczuł w so-