Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/276

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    — Ale czekaj-że, będę wiedział imię tej pani. Zawsze to potrzebne, może się przydać. Nawet powinniśmy to sobie obecnie wziąć za maksymę, że należy zwracać pilną uwagę na wszelkie, na najmniejsze drobiazgi.
    — Weź sobie za maksymę, co chcesz, tylko naprzód powiedz, skąd... to imię...
    — No tak, naturalnie... Mam przecie do niej bilecik rekomendujący nas, od tego utrefionego kuzynka Trepki.
    — Pokaż.
    Cedro wydobył z sekretnego przedziału w pugilaresie maleńki karteluszek śniadego papieru, misternie złożony. Przy gasnącem świetle dnia usiłował przeczytać adres. Obadwaj nachylili się nad tem pismem i Rafał pierwszy dojrzał; »Madame, Madame Elisabeth de Ołowska«...
    Zimne mrowie przemknęło po jego kościach... Później wrócił pozorny spokój i pozorna wesołość. Podniósł oczy na okna pałacu, w których właśnie tu i tam światła błyskać poczęły. Główne wejście z portykiem, ku któremu się zbliżyli, było na głucho zamknięte. Stopnie balkonu omarznięte i zasypane świeżym śniegiem... Rafał szedł obojętnie z uczuciem wesołej ciekawości, prawie z rozczarowaniem. Poddał się już pewnej, miłej, mistycznej niejako myśli, że to stać się musiało, że inaczej w jego życiu być nie mogło. Musiał tu przybyć. Doświadczał nawet nikłego wrażenia, jakby na jego ramieniu coś spoczęło, nikiej zimna ręka... Sprawiło to w nim szybki i trwogę miłą szerzący rozruch. Tem uczuciem teraz oddychał.