Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Oprawca wrócił zwolna po schodach. Słychać było w śmiertelnej ciszy, jak świeżo zbite stopnie skrzypią pod jego mocnemi stopami. Drugiemu skazańcowi z kolei rozwiązał ręce i sprowadził go ze schodów.
Lud głośniej, radośniej zaszemrał:
— Baum, Baum...
Wszystkie głowy drgnęły i z ust do ust leciała błogosławiona wieść:
— Chwała bądź Bogu!
— Pan z nami...
— Do wojska oddali!
— Na wieczny czas!
— W kamasze ich!
— Darowali życie, darowali życie.
Kat po raz trzeci wszedł na rusztowanie i ze spokojem na wielkie dłonie kładł czerwone rękawiczki.
Trzeci skazaniec stał nieporuszony. Głowa jego była zadarta do góry. Duże włosy czarnym puklem spadały na szyję nagą. Białe miał czoło. Nieruchome oczy, jak dwie głębokie jamy, patrzały w lud.
— Ten ci jest winowajca!... — szept się rozszerzył.
— Tamtych podmówił.
— Wywiódł ich z domostw rodzicielskich.
— Bronił się w polu.
— Milczał w sądzie.
— Winowajca!
Kat zbliżył się do niego łagodnymi kroki. Bardziej mu szyję obnażył. Zręcznym ruchem zarzucił stryczek.
Nagle wyprężył się powróz.
Nim się pospólstwo opatrzyć zdołało, nim zdążyło westchnąć i oko przetrzeć dłonią, już nieznajomy ów