Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

gnięci przez ciżbę, szli, a raczej płynęli w masie z oczyma utkwionemi w nagie, żółtawe drewno z poprzecznem ramieniem. W oddali, w mrocznych czeluściach ulic, za opustoszałymi placami, w zdławionej piersi miasta rozległ się samotny, spiżowy głos dzwonu.
Tłum wychynął z ulic i wwalił się na wały, rozpierzchł po gruzach murów i okrył je sobą. Wolno sunęła konnica, dzwoniąc podkowami, uprzężą a bronią. Za nią piechota środkiem ulicy. Bębny melodyjnym łoskotem biły wciąż, jakoby wzburzone serce tłumu. Z nienacka ponad zbitą masą głów ukazały się trzy postacie. Trzy blade widma. Ręce ich związane w tył, szyje obnażone... Śmiało weszli...
Motłoch zamilkł, wtulił głowy w ramiona, znieruchomiał i zastygł. Wówczas i bębny raptownie urwały. Cisza śmiertelna. Nie ustał tylko samotny dzwon.
Dał się słyszeć jakiś jeden głos, dochodzący zdala, jakoby dziecięce gwarzenie, głos dziwny i okrutny, śmieszny w tej wielkiej gromadzie. Długo brzmiał, zlewając się w szereg dźwięków niezrozumiałych... Ucichł.
Wtedy na pomoście szafotu ukazała się czwarta postać. Wicher zduszonego westchnienia przeleciał po tłumie. Strach zatrząsł ludzkiem jeziorem od brzega do brzega.
Ów człowiek zbliżył się do skazańców i pierwszemu z brzega rozwiązał ręce. Potem go ujął za ramię i sprowadził z pomostu.
Tłum westchnął. Szept najcichszy, na obraz szelestu liści w brzozowym lesie przed burzą, leciał z ust do ust, z końca w koniec placu:
— Wysiekierski, Wysiekierski, Wysiekierski...