Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Czy i ja mogę, albo nie, przebaczać słabostki? to już chyba ja najlepiej!... Mój Rafale, bądź sędzią, czy ja wogóle...
— Każ nam, stary, konie podawać, — szepnął obojętnie trzeci — widzę bowiem, że zaczynasz się alterować.
— Wściekłeś się! Niech słońce wzejdzie! Będziesz zęby po ciemku zbijał i konia jeszcze hrabiemu skaleczysz. Niech się rozwidni.
— Nie marudź!
— Chłopak je śniadanie. Dajcież ludziom zjeść, do stu piorunów! Że sami się natkacie i opijecie grzanem winem, to nie racya, żeby ludzie o suchej gębie przemarzli dla waszych wybryków!
— Lepiej, żeby nas wyjeżdżających jak najmniej oczu widziało.
— Nie róbcie-no tylko wielkich rzeczy z tych spraw żakowskich! Wiem, że wrócicie z drogi! Na trzecim popasie zajęczy strach was obleci i za uzdy przyprowadzicie te same wierzchowce pod ganek. Tyle, że dedy zgonicie.
— Proszę cię, Trepka...
— Wielkie mecye... Moje-że wojaki!
— Niech podają! — mruknął Cedro.
Przywołany chłopiec pobiegł ku stajniom, i za niewielką chwilę dało się słyszeć miarowe po grudzie stąpanie ośmiu kopyt. Trzej przyjaciele w milczeniu podnieśli kielichy, znowu napełnione starym węgrzynem. Spojrzenia ich skrzyżowały się, jak szpady przysięgających. Nakryli głowy futrzanemi czapkami, wybiegli i skoczyli na siodła. Trepka z odkrytą głową