Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

steczce przeorać, a waść swój czas, siłę, duszę i rozum tracisz na wysiadywanie w antyszambrach. Starczy honoru na wyrabianie za pieniądze cudzoziemskiego tytułu, ale go niema na tyle, żeby w sobie wzbudzić dumę.
— Jeżeli możesz powiedzieć, że ja tylko tego...
— Jeszczem nie powiedział, że tylko... — Ale ja znam naturę ludzką. Ta natura — to jest szelma, co się zowie. Wiem po sobie, a i napatrzyłem się świata. Widziałem duchy czyste, jak przemieniały się w glinę podłą, którą rzekomo gardziły. Środek w przeciągu niewielu lat staje się celem, osobliwie pod miękką dłonią podwiki.
— Aha, już swoje!
— A swoje... Bo zawsze, ilekroć waszmość wracasz z nad modrego Dunaju, patrzę z abominacyą, czy nie jadą za tobą niemieckie bety i kołyski.
— Ech, Rokito! nie będę z tobą rozmawiał. Rafał, chodź-no, pokażę ci skrytkę tego szczura.
— Cóż znowu!
— Tak, odkryję cię w całej nagości. To mówiąc, młody Cedro otworzył drzwi do sąsiedniej stancyi i ukazał ją Rafałowi. Pokój ten dawno, widać, nie był bielony, bo nagie, jędrne, brunatne belki z modrzewia gęsto przeglądały z pod wapna. Cała ściana w głębi zastawiona była ogromnemi półkami najprostszej, ciesielskiej roboty, a na nich bez ładu i porządku stały i leżały książczyska. Stosy pism i bibulastych gazet piętrzyły się na szerokim stole pośrodku izby. Tu i owdzie wisiały na ścianach mapy, stare sztychy i karykatury. W ciemnym kącie