Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Że pan... cha-cha! — nigdy do nas nie zjedzie.
Było rzeczą oczywistą, że podkreślał owe tytuły i że z nich właśnie śmiał się tak wesoło. Ku zdumieniu Rafała Krzysztof począł śmiać się również, choć nieszczerze i z przykrością.
— Witam i ja pana posła, dobrodzieja mojego, mentora... Jakże cenne zdrowie?... — krzyczał, wyskakując z bryczki.
— Pan hrabia łaskawość swoją roztaczać raczy, jako to słońce. Miło mi jest ogrzać się w promieniach łaski.
— Pan poseł siwiejesz nie na żarty...
— Z trosków o dobro pańskie... cha-cha... Ośmielę się zapytać nawzajem o zdrowie... choć to od iednego rzutu oka widać, że tyjemy na niemieckim chlebie...
— Czy być może?
— Prawdę mówię. Zupełny butrym!
— Cha-cha!... — śmiał się Krzysztof, stając naprzeciwko i biorąc się pod boki.
— Jakże ja się cieszę!
— Pozwoli pan poseł dobrodziej, że mu przedstawię przyjaciela a najbliższego socyusza od serca, kolegę z lat szkolnych, i że poproszę dla niego o gościnę w Stokłosach. Jest to imć pan Rafał Olbromski. Rafałku — imć pan Szczepan Nekanda-Trepka, ci-devant posiadacz wielkiej fortuny, którą na polityczne interesa przefacyendował, prawie poseł na sejm, wielki peregrynant, wolteryanista, encyklopedyk, tudzież szyderca z rzeczy, że się tak wyrażę...