Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

zgubą ostateczną, Odpowiedz! Czy prosta ciekawość wiodła cię tutaj?
— Nie.
— Słowa twe nie starczą za dowód. Bracie Dozorco! przyłóż koniec szpady do serca zuchwałego! Każ mu dla poszukiwania światła odbyć drogę z Zachodu na Wschód, a gdybyś ujrzał najlżejszy w nim upór, przeszyj mu nawylot zdradzieckie serce!
Wówczas Rafał uczuł znowu mocno o pierś swą oparte ostrze szpady w tem miejscu, gdzie bije serce. Ktoś ujął go za prawą rękę i prowadził wpółokrąg sali. W pewnem miejscu kazał mu złożyć głęboki ukłon, o kilka kroków dalej zalecił, żeby się nisko schylić, jak gdyby się przechodziło pod nawisłem sklepieniem, to znowu wysoko podnosić nogę, jak dla ominięcia przeszkody. Gdy go nareszcie prowadzono, jak sądził, na dawne miejsce, dało się słyszeć tępe uderzenie drewnianego młotka — i zaraz potem hałas, krzyk, szczęk broni. Rozległo się drugie uderzenie — i wszystko ucichło.
Wtedy ktoś po niemiecku pytał drugiego: jak się »przychodzień« sprawował? — a tamten odpowiedział, że z odwagą.
Dał się słyszeć głos majora, mówiącego po polsku:
— Prowadźcie go pod stalowe sklepienie...
Młodzieniec usłyszał szczęk wielu szpad, uderzających jedna o drugą, i szedł pod stalowym szczękiem schylony, wpółokrąg. Na końcu drogi znów oddał pokłon.
Po raz trzeci ozwał się major: