Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/072

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została skorygowana.

    Huze, huze, huze!
    Po chwili Rafał uczuł, że stoi między dwoma ludźmi, że ktoś jest przed nim i dotyka jego piersi końcem szpady. Głos tak łagodny poprzedniego mówcy brzmiał teraz dziko i nienawistnie w brutalnem zapytaniu:
    — Czego tu chcesz?
    — Chcę być przyjęty do społeczności wolnych mularzów... — rzekł Rafał.
    — Stanie się zadość twej woli, — odpowiedział ten sam głos — może z niezmiernem narzekaniem twojem. Bacz, co mówię.
    Dwaj towarzysze, stojący u boku przychodnia, poprowadzili go naprzód. Idący przed nim zastukał. Obcy jakiś głos znowu kilkakroć zapytywał Rafała: kim jest? z jakiego kraju? ile ma łat? czy trwa w zamiarze wstąpienia do towarzystwa? — a gdy udzielił odpowiedzi na każde z tych żądań, z trzaskiem drzwi się otwarły, i pytający przed chwilą pchnął go w ręce dwu dozorców, stojących obok, z wołaniem:
    — Precz, nieszczęśliwy! Oddaję cię losowi twemu...
    Wówczas Rafał uczuł, że go prowadzą do sali wielkiej, ciepłej, pełnej ludzi i światła. Ustawiony twarzą w jakimś kierunku, którego ruchami nakazano mu trzymać się ściśle i ciągle, usłyszał znajomy sobie dobrze głos książęcego przyjaciela, majora wojsk pruskich. Ten mówił:
    — Zuchwalco światowy! Jakież przedsięwzięcie wiedzie cię tutaj! Może prosta ciekawość? Może chęć przeniknięcia skrytości? Drżyj! Drżyj, nieszczęśliwy! Stoisz nad brzegiem przepaści, która ci się odgraża