Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ale rozmowa, chociaż półgłosem w jego obecności prowadzona, przeszkadzała mu rozumieć tekst owego rozdziału Contra Fortunatum quendam Manichaeorum presbyterum.
Książę, wypowiadając zdania napół rozumiane przez nowego słuchacza, co chwila zwracał nań oczy swe przymglone, ściemniałe, nie widzące, skierowane do wewnątrz. W pewnej chwili oczy te ożywiły się, i książę rzekł innym głosem:
— Tu ci będziemy przeszkadzali rozmową naszą. Zdaje mi się, że wygodniej ci będzie w pokoju, który jest obok.
Rafał zabrał ową księgę, ciężką, jak naręcze bukowego drzewa, i wyszedł do sąsiedniego pokoju. Była to pracownia. Na środku mieścił się ogromny stół, a dokoła niego stały fotele, obite skórą. Okno było otwarte, i naprost niego sunęła się w dół stara grabowa aleja. Rafał przymknął drzwi i usiadł w fotelu. Skoro tylko poczuł, że jest sam, zaraz upadł w łoże duchowego lenistwa, dał się ogarnąć doskonalej bezwładności woli. Głowa jego zsunęła się na rozłożone karty książki, jak ciężki, lity, nędzny kamień. Ani jednej myśli, ani najsłabszego uczucia! Jedno jeszcze, coby mogło dźwignąć i podniecić, to znowu burgund. Zwolna, jak parny obłok, przesunęła się tajna żądza w czystej swojej postaci, nie pochwycona jeszcze przez myśl, ani nawet przez chęć. Czuł to, że skoro się tylko obłatwi z tłumaczeniem łaciny, pójdzie znowu do Jarzymskiego. Nic to, że przychodzi w nocy obmierzłe uczucie złego...
Z największą niechęcią zabrał się do przekładu.