Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

się tam po żelaznych sztachetach, otaczających sąsiedni ogródek. Dwaj inni stali jeszcze na szczycie ogrodzenia, przechyleni nad ulicą. Tak wspólnemi silami wyrywano ze ściany szyld, przytwierdzony do żelaznej sztaby nad zamkniętemi drzwiami sklepu. Kilka par tych potężnych rąk szarpało sztangę do góry i na dół, Gruz sypał się w oczy... W tej samej chwili trzeszczały podważane drzwi i wydawały znakomity łoskot talerze felczerskie, strącone zwysoka, któremi ktoś wydzwaniał marsza. Tu i owdzie w oknach zapalało się światło. Przerażone białe figury snuły się i biegały za wybitemi szybami...
Dopiero połowa ulicy została w ten sposób oporządzona, gdy naraz z głębi sąsiedniego zaułka dały się słyszeć kroki ludzi równo maszerujących. Jak błyskawica cisnęła, w ciemności swój nagły strzał światła ślepa latarnia.
— Zybenkuopfy — wrzasnął przyjaciel Rafałów, właściciel oleśnickiej psiarni.
— A łotry, jesteście.
— Bij pludra!
Hab acht! — rozległ się w ciemności spokojny głos.
Tłum pijany zbił się w gęstą kupę. Gdy nowy sztylet światła latarni przebił mroki głębokie, Rafał zobaczył w nim potężne ręce, trzymające, niby sztandar, wyrwaną sztabę z szyldem. W chwilę potem blacha szyldu zgrzytnęła w powietrzu. Rozległ się furkot drąga i urywany ryk. Po nim drugi, trzeci. Żołnierze patrolu dobyli szabel i poczęli z ramienia rąbać na ślepo. Anizetka, Bursztynek, Szpic, Szpilka i wszystek tłum to-