Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

W owej chwili Jarzymski nagłym ruchem ręki porwał wielki obmokły bukiet ze stołu. Ktoś z boku siedzący chwycił w lot jego rękę i przydusił ją do serwety. Cale towarzystwo nie przestawało chichotać. Rotmistrz ocierał spoconą twarz i zwolna mówił:
— Staniesz mi jutro przy szopie i odpowiesz za ten bukiet, któryś ruszył.
— Uszy ci obetnę, stary tchórzu!
— Dobrze zrobisz. Nie będę przynajmniej nic już słyszał o tobie, twoich koniach i twojej baronowej. A teraz dosyć! Wołać Kaczora...
— Kaczor! — krzyczano.
We drzwiach pokazał się upudrowany czerep gospodarza.
— Wina tu przynoś, zbogacony lokaju! Spasłeś się, gruby jesteś jak słowik Forcellini’ego, śpisz sam na hetmańskiem łożu i o panach swych zapominasz! — wołano.
Wnet ukazały się nowe kosze. Brodem znowu popłynęło wino szampańskie, biały burgund, stare węgierskie.
Ktoś śpiewał:

Je ne trouve rien de charmant
Comme tes belles;
Je ne pourrais un seul moment
Vivre sans elles,
Mais sans jamais trop m’engager
Je les courtise...

Ktoś inny pijanym dyszkantem kończył:

Toujours aimer, souvent changer
C’est ma devise...