Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 02.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

puścianych i wymawiać przy tem jakieś głupie słowa, zanurzać ręce po łokcie w garnkach kwaśnego mleka i rysować końcem palca krzyże na połciach słoniny. Trzymajcie mię!... umrę ze śmiechu...
— Ty go musisz znać, Jarzymski, tego tam Woysiatycza, bo ty znasz przecie wszystkich bez wyjątku.
— A ty, rotmistrzu, coś się nie wstydził z tylemi wąsami służyć pod Zajączkiem, znasz tylko bogatych.
— Masz słuszność. Ja nie ze wszystkimi zabierać zwykłem.. Mam, uważasz, krótką z przyrodzenia pamięć co do hołoty.
— Osobliwie, gdy przyjdzie długi oddawać.
— Karciane, arystokrato — wołał rotmistrz coraz głośniej wśród powszechnego hałasu — zaciągnięte w twojem atelier...
— Dowiedziałem się, że atelier Jarzymskiego mieści się nie tam w prywatnem mieszkaniu, lecz zgoła gdzieindziej — zcicha wycedził wysmukły, wytworny w każdym ruchu młody mężczyzna, ślicznie odziany i szeleszczący jedwabiem.
— Ba, to rzecz wiadoma! — prawił rotmistrz: — rzecz wiadoma, że ma dwa, ale mówię o karcianem.
Jarzymski zlekka poczerwieniał i niedbale strzepywał pył z klapy fraka.
— Słuchajno, Szpilka, za wiele gadasz... — rzekł do owego modnisia o szyderczej twarzy.
— Za wiele? Żartujesz!... Jestem powściągliwy, jak ksiądz Baudouin. Jeżeli mówię, że baronowa...
— Szczęśliwy! — zaryczał rotmistrz — stokroć szczęśliwy! Baronowa drze starego kasztelana, a on...