Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

pod wysoką skałą wapiennego szczytu na zakręcie drogi. Książę wysiadł właśnie z powozu dla uniknięcia kurzu, kiedy z za tej skały wynurzyły się pierwsze rzędy infanteryi. Szli ludzie przywaleni kurzem od głów do stóp, jak ruchome jego słupy. Ledwie w dymach pyłu wapiennego widać było zgorzałe na węgiel ich twarze, zamknięte oczy, zacięte usta. Szli wielkim, twardym, młodym, niestrudzonym krokiem. Przesuwały się w małych odstępach, jedna za drugą kompanie grenadyerskie. Gdy książę wzwyczaił oczy do kurzu, ujrzał, że ci ludzie byli oberwani, prawie bez butów. Znienacka dokuczliwy ból zarznął go do żywego... Widok kroju mundurów tych grenadyerów do złudzenia przypomniał dawne czasy.
— Toż to mundur kawaleryi narodowej — mamrotał książę.
Szedł batalion strzelców, odziany w łachmany, łudząco podobne do regimentu marszałkowskiego strzelców węgierskich, w mundurach niby błękitnych z ponsowymi wyłogami, w pozłocistych giwerach z ponsową kitą. Ciągnęli wciąż, wywalając się z za góry, jakoby ze straszliwego jej łona. Wizya bolesna, sen długi i duszący... Widok każdego oddziału nożem padał w piersi i utykał w sercu. Oto idą znowu, idą znowu! Łoskot ich kroków grzmi na tej ziemi, wewnątrz próżnej. Regiment fizylierów, coś jak regiment Działyńskich, a wreszcie regiment pierwszy imienia królowej Jadwigi. Ponsowe mundury, białe kolety, białe pasy i czarne kapelusze. Wszystko to obdarte, w łatach różnokolorowych, w szwach, w gałganach. Nogi półbose dzielnie i twardo wytrzymywały tak na tej nieskończonej drodze między