Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

gocennego papieru z mnóstwem podpisów, winiet i pieczęci. Książę wyjechał. Chyżo mijał góry Styryi, Karyntyi, przedłożone odnogi Alp tyrolskich. Jechał wielkim, starodawnym traktem górskim, który przecina rzeki Sawę, Drawę i Mur. Dostał się nareszcie w pustynię Krasu, między wapienne wyniosłości i zawaliska, gdzie woda w głąb ziemi ucieka, tworząc w jej łonie pieczary, podziemia, jeziora i rzeki. Ten bezludny, zapadający się świat kamieni pełen był jeszcze wojsk republikańskich, które pod dowództwem Masseny, Guieux, Chabofa, Serruvier’a i Bernadotte’a zwolna cofały się ku Palma-Nuova, opuszczając Gorycyę i Karyntyę. W miejscu tem wielki trakt stykał się z drogami, idącemi ze wschodu. Z wyżyn widać było białe ich taśmy, łamiące się po bezdrzewnych i bezwodnych łańcuchach gór. Jak oko sięgło, słały się po nich ruchome kurzawy, a w nich brnęły ku południowi i na zachód kolumny za kolumnami. Górskie wioseczki były popalone i zrównane częstokroć z ziemią. Ludność witała podróżnika nieufnem, podejrzliwem okiem, wyciągając wychudłą rękę po datek. Słowo ze zczerniałych warg padające było słowiańskie... Książę nie pożądał bynajmniej widoku dzieł Marsa, to też, ile się dało, zbaczał z traktu wojennego i co tchu dążył w stronę Tryestu. Sądził, że już wszystkie szlaki strategiczne wyminął. Tymczasem na jednej z najwyższych przełęczy, w miejscu spotkania się rozstajnych dróg, woźnica obrócił się na koźle, potrząsnął głową i wskazał biczyskiem zbliżające się tuż tuż obłoki kurzawy. Nie było sposobu ruszyć dalej, gdyż wojska wwaliły się z bocznej na główną drogę i zajęły całą szerokość. Zatrzymano się