Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/201

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    mieć, skąd ta służalcza czołobitność w zimnym i wyniosłym oficerze, nie pojmował radości, która na twarzy brata jawnie się paliła.
    Uczucie sympatyi jego w tej sprawie było po stronie księcia.
    Piotr, tak napoły stojąc, z rękami opartemi na poręczy krzesła, wołał:
    — Michcik, Michcik!
    W głosie jego było coś niebywałego. Oczy miał szeroko rozwarte i pełne łez. Rozchylone usta śmiały się wszystkimi zębami. Po chwili zwrócił się do księcia i prześliczną chudą ręką ścisnął jego kolano z szeptem:
    — Dzięki tobie mam... mam na tej ziemi... jeszcze jeden dzień...
    Michcik zbliżył się wyprostowany, z dłońmi wzdłuż bioder.
    — Do nóg panu dziedzicowi!... Pan kapitan... książę... darował ci...
    Zaledwie żołnierz zdążył schylić się i objąć kolana książęce, nowe uczucie zaświeciło w oczach Piotra. Ks. Gintułt z całej siły odtrącił chłopa. Wzrok jego był pełen gniewu i szyderstwa.
    — Nie znoszę tych scen czułych! Wiesz chyba waćpan... Nie jestem stworzony do bukolik. Szczególnie po tem wszystkiem... Oto w tej chwili najbardziej żywo uczułem nienawiść do tego wszystkiego, czemeś mię waćpan przejął swego czasu. Mam nieprzełamany wstręt do tych szlachetnych słabości, do owej dobrej niemocy, której tyle lat uczyłeś mię bez skutku. Zaprawdę, wstrętna to jest rzecz... Wierzaj mi waszmość,