Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ków. Jakby światło przez wąską szczelinę do podziemnej pieczary spadał znagła blask występku dokonanego i oświetlał surowe przepisy, które takich a takich czynów zakazywały. Rafał teraz dopiero spostrzegał, co zrobił. Badał, co też go za to czeka, że wziął cudzą łódź, że pływał w niej nocną porą, że tę łódź zatracił, że o mały włos nie utopił Cedry i że, o straszliwa grozo! nagi wszedł z towarzyszem do izby profesora... Teraz dopiero zaczęło wyłazić zagadkowe znaczenie takich czynów, jak włóczenie się nago po mieście. Gorąco nań biło, gdy sobie wspominał rozmaite wzmianki niegdyś słyszane o podobnych, ledwie podobnych wypadkach, wzmianki szeptem ze zgrozą zawsze mówione. Cóż go za to czeka? Jakaż jest za to kara? Któż wie może to jest największa ze zbrodni ludzkich? Gdyby ktokolwiek mógł mu powiedzieć, oznaczyć jednem słowem wielkość tego występku! Czy to właściwie jest zbrodnia? Zbrodnia! Wysuwał w ciemność cały mózg i jakoby nowem narzędziem badał nieznaną dziedzinę, oświetlał sobie drogę nowo odkrytą, po której teraz, samemu iść wypadnie.
Słyszał nierówny, tchnący żarem oddech Krzysztofa i noga za nogą schodził w głębokości przerażenia: on umrze...
Wlókł się myślami po schodach w gimnazyum i na ich szczycie widział prorektora Kubaszewskiego oraz wszystkich Minosów i Radamantesów, a nadewszystko... pedelów. Nowy zimny sylogizm wypływał kroplami lodowatego potu na jego czoło: będą mię bili. Skręcał się w sobie i czuł wściekle, bezgraniczne, bolesne, do cna rozszarpujące mość duszy smaganie upokorzenia.