Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

świecie może być wątpliwe, to tylko jest pewna, że ta sprawa się wykryje.
Oczy jego błysnęły złowrogo, i okropna ironia zaświeciła w nich płomieniem.
— Chodź spać! za mną! — krzyknął rozkazująco, jak wódz, na Krzysia i majestatycznym krokiem, zostawiając na idealnie wymytej podłodze dokładne odbicia spracowanych stóp, ruszył w stronę łoża.
Z jakąż rozkoszą uczuli obadwaj kołdry na grzbietach!
Rafał wtulił głowę w poduszkę i jął rozmyślać o stanie rzeczy. Wiedział, że go nic dobrego nie czeka. Z nauczycielami oddawna darł koty, jako uczeń wcale nie świetny i pierwszy w szkole łobuz, notabene, łobuz pod wąsem. Wiedział, że nazajutrz zmuszony będzie dać dowody bohaterstwa, które zadziwi całą sztubę, sztyft, wreszcie miasto i długo zostanie w koleżeńskiej powieści. W dali ukazywały się Tarniny — i ojciec. Na to wspomnienie przejmował go dreszcz, zimniejszy niż w rzece. Chciał zasnąć. Zamknął oczy... Ale sen uciekł od jego powiek za dziesiątą granicę. Noc wlokła się, trwała bez końca. Rafał słyszał, jak Krzyś usnął, jak się rzucał we śnie, mamrotał, budził, znowu zasypiał. Słyszał jego oddech nierówny, prędki, zdyszany, jakby wciąż jeszcze biegli przez czarne pola...
Rozpalona głowa leżała nieruchomo na poduszce, i wśród ciszy nocnej zaczęły się w niej budzić, wstawać i do kolosalnych rozmiarów urastać widziadła. Nadchodziły z ciemności zdarzenia tak bliskie, że były niemal rzeczywistością, wysuwały się z mroku osoby prawie dotykalne, brzmiały słowa, potoki krzyku, wybuchy ję-