Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

ramię swojej matronie. Muzyka urwała i z nagła, niespodziewanie ucięła wspaniałego poloneza. Wszyscy z podziwieniem oczekiwali, co będzie dalej. Cześnik występował z niewymowną precyzyą i nadzwyczajnemi ceregielami. Minął jednę izbę, drugą, jakieś alkierze, bokóweczki, sienie, aż wreszcie zatrzymał się przed szczelnie zamkniętemi drzwiami. Tu zarzucił wyloty, musnął wąsa i znagła klasnął w ręce. W mgnieniu oka drzwi się naoścież rozwarły. Oczom idących ukazała się duża, pusta, wysoka i doskonale oświetlona sala Arlekin wyrwał się naprzód i w podskokach ją przebiegł, wołając:
— Kulig, kulig!
Pary wkroczyły do wielkiej izby. Muzyka, umieszczona w przeciwległych drzwiach, zagrała krakowiaka, i cały tłum z okrzykiem wesela puścił się w tany. Nierychło spostrzeżono, że jest to prosta stara kuchnia, z Piekarnią dla czeladzi, przybudowana w tyle dworu, leśnik w przewidywaniu kuligowego najazdu kazał ją z sadzy oczyścić, wprawić nową i wywoskować do tańca podłogę. Ściany zawieszono festonami z jedliny, olbrzymi komin i piec chlebowy zastawiono świerkowemi drzewkami, tworząc z nich pewien rodzaj leśnej altany. Woskowe świece w drewnianych lichtarzach, które przybito do ścian, rzucały rzęsiste światło.
— Ot, to mi figiel gracki! — wołano ze wszech stron.
— To po naszemu!
— To lubimy!
— W górę gospodarza! Ot, to prawdziwa niespodzianka!