Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/068

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Kiedy najbardziej rozkosznie wciągał w nozdrza ten królewski zapach i najsiarczystsze krzesał hołubce, usłyszał głos ojca. Stary cześnik mówił:
    — Kto, mośćbrodzieje, na mój grunt, dnia dzisiejszego, kto, mówię, na mój grunt nogą stąpi, tego, mośćbrodzieje, już nie wypuszczam za granice włości: takie u mnie zdawiendawna jus terrestre, dnia dzisiejszego.
    — A toż tańczymy, sąsiedzie dobrodzieju, na waszym gruncie, aż w całej parafii dudni... — ktoś z boku zawołał.
    — Nie nasza to rzecz, mośćdobrodzieju, sub divo hulać!
    — Dlaczego, panie bracie?...
    — Dlatego, że to despekt dla szlachcica, mośćbrodzieju. Choć u mnie pod strzechą izdebki, choć, mówię, nie do tańca, aleć miłościwe panie i łaskawi sąsiedzi, Bóg widzi, jak się rzekło...
    Rafał zatrzymał się w tańcu i wmieszał w tłum. Nie rad był wcale nasuwać się rodzicowi na oczy. Stary tymczasem już go był dostrzegł i obrzucił szorstkiem wejrzeniem.
    — Raczcież, — ciągnął — miłościwe mośćbrodziejki, raczcież, sąsiedzi panowie i bracia... zaszczycić...
    Był to starzec zgarbiony latami, łysy, z krótkim, mlecznym wąsem i grubą brwią nad wspaniałemi jeszcze oczyma.
    W koło tańczących wtłoczyły się saneczki arlekina, i czarna jego maska wynurzyła na światło.
    — Do Tarnin, kto żyw! — wołał głośno, trzepiąc swą rózgą wokoło, a szczególnie mężczyzn blisko stojących. — Do Tarnin!... cóż tu stoicie, mazgaje?