Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w lecie żaden pracownik w polu czy w gumnie robić obowiązany nie jest. Święto, gdy przypada w dzień pańszczyzny, liczy się na korzyść pracowitego chłopa.
— No i cóż jeszcze? — mruknął Nardzewski.
Presshafte Leute, — mówił urzędnik — to znaczy podupadli na zdrowiu, starcy powyżej lat sześćdziesięciu wolni od robocizny być mają.
Nardzewski znowu ujął pistolet i strzelił. Nie czekając, nim się dym rozejdzie, wyrwał broń z rąk strzelca. Ostatni słuchał tak ciekawie tego, co mówił urzędnik, że ledwie ruch pana dostrzegł.
— Nabijaj! — wrzasnął Nardzewski — bo ci tu na miejscu łeb roztrzaskam!
— Żaden poddany...
— Co jeszcze? co jeszcze?
— Aby żaden kmieć skrzywdzony przez pana, żadną drogą samowładnie sprawiedliwości dla siebie forytować nie ośmielił się, rozporządzono jest, żeby do krajzamtu w Kielcach, wprost do pełnomocnego komisarza ze skargą szedł — ciągnął urzędnik głosem ochrypłym, ukryty już prawie w dymie prochowym.
— Niechaj spróbuje!
— Rozporządzono dalej...
— Co waszmość chcesz mówić? — zcicha, głosem suchym rzekł szlachcic, wstając ze swego miejsca. — Ja tu jestem panem, ja prawem! Naddziady tu moje siedziały... Moja to jest ziemia i moi ludzie. Te Wyrwy to jest mój kraj. Mój i niczyj więcej! I przez Boga żywego tu nikt...
Komisarz śmiał się.
— Za Jana Kazimierza, po wojnach, przybył tu