Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


błogiej pomyślności pod panowaniem Najjaśniejszego cesarza i króla Franciszka Wtórego, zostałem.
— Toś waćpan dobrze powiedział.
— Bardzo to jest piękny kraj!
— A tak, dosyć piękny, tylko trochę niewesoły i, jak to sam spostrzegłeś, złej konduity... — mówił szlachcic, kiwając głową.
— Na lepszem pożytkowaniu ról zbywa... — nieśmiało wtrącił urzędnik. — Żadne drogi tu są, osobliwie w Kieleckim krajzamcie. Ach co za drogi! Ja myślałem, że tylko w Karpackich wielkogórach takie drogi bywają.
— To są, mości panie, polskie drogi. Ale jakoś i takiemi zajedzie, skoro się uprzeć. Co mówię? wjedzie tam, gdzie, zdawałoby się, tylko czarownica na łopacie doleci...
Dalszą rozmowę przerwało wkroczenie wieczerzy. Drzwi się otwarły, i tłusta gospodyni wniosła salaterki z kiełbasą w zawiesistym sosie. Dwie dziewki niosły półmiski z kartoflami, suto kraszonymi skwarkami słoniny. W mgnieniu oka stół nakryto obrusem i ustawiono fajansowe, powyszczerbiane talerze. Sztućce były bardzo pospolite, w oprawie z jeleniego rogu. Gość ostrożnie zabrał się do niewielkiego kawałka kiełbasy, a resztę momentalnie podzielili między siebie myśliwi zgłodniali po całodziennych marszach i poście. Dymiące kartofle znikły. Znikła także druga potrawa: zając pieczony na rożnie. Przy drzwiach stał wciąż strzelec Kacper i łykał ślinę, aż mu się grdyka ruszała. Zajęty był wykręcaniem ze strzelb nabojów i przemywaniem luf ciepłą wodą.