Strona:PL Stefan Żeromski - Popioły 01.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Mój siostrzeniec, Olbromski, z Sandomierskiego. Na poetyce w szkołach sandomierskich juventutem marnuje...
Gość skłonił się w milczeniu, nie podnosząc oczu.
Nardzewski patrzał weń nieruchomem spojrzeniem, w którego wyrazie nie było cienia przyjaźni.
— Radbym wiedział — rzekł zcicha, uprzejmie i prawie z pokorą — czy mamy zaszczyt należeć do tej samej nacyi, co waszmość, panie komisarzu, czyli też, niestety...
Obcy podniósł głowę. Uśmiech nieokreślony wypłynął na jego wargi. Rzekł ostrożnie, z namysłem:
— Jestem w mieście stołecznem, Wiedniu, urodzony. Tam mój ojciec urodzony był, gdy przybył z czeskiej strony...
— Z czeskiej strony? proszę...
— Tak jest. My są Słowianie.
— Rozumiem.
— Kiedy ja byłem sześć lat stary, rodzice moi przybyli do Wschodniej Galicyi i w Jarosławskim krajzamcie osiedli. Tam się wychowałem. Ojciec mój był mandataryuszem w dobrach księcia Olelkowicza.
— I to rozumiem.
— Teraz ja... Ja jestem prawie Galicyanin. Wiednia nie pamiętam, umiem po polsku.
— Doprawdy?
— Bardzo jestem przywiązany do tutejszych zachodnio-galicyjskich obywatelów i do tego kraju Zachodniej Galicyi. Ja do tego kraju ze Lwowa wydelegowany, kiedy po nieszczęśliwych przypadkach i smutnych zamieszkach ten kraj używać nareszcie zaczął